zespół Blogpress.pl.

Hans Memling, Zmartwychstanie
„Za przesunięcie opinii publicznej w lewo w ostatnich latach zarówno w Europie, jak i Ameryce odpowiadają konserwatyści, chrześcijańscy demokraci i inni prawicowcy” - powiedział podczas spotkania w Fundacji Republikańskiej działacz pro-life Mariusz Dzierżawski.
„Wystarczy spojrzeć na ostatnie kilkadziesiąt lat, na to co się działo w USA i w Europie, a zobaczymy, że nastąpiło przesuniecie opinii publicznej w lewo i odpowiadają za to ci, którzy przesuwać powinni ją w zupełnie innym kierunku” - mówił prelegent i odwołał się do konkretnych przykładów takich sytuacji.
„Pod ustawami legalizującymi aborcję we Włoszech, w Niemczech i wielu innych krajach są podpisani chrześcijańscy demokraci. To, co teraz dzieje się w rządzonej przez konserwatystów Wielkiej Brytanii czyli wprowadzanie tzw. „małżeństw homoseksualnych” to jest także dobra ilustracja tej tezy” - kontynuował.
Odpowiadając na pytanie o przyczyny takiego zjawiska, Dzierżawski odwołał się do polskiego przykładu.
„Pewnego klucza dla zrozumienia tej sytuacji dostarcza „teoria wahadła”, o której mówił minister Gowin. Zakłada ona, że nie można wykonywać zbyt mocnych zmian w prawą stronę (np. w prawie), bo „wahadło” opinii publicznej wychyli się najpierw w prawą stronę, a potem nieuchronnie odbije i przechyli się w lewo. Ta teoria jest usprawiedliwieniem dla lenistwa polityków prawicowych, bo jeśli wszystko, co robimy ma doprowadzić do odwrotnych efektów, to po co cokolwiek robić” - zaakcentował gość Fundacji Republikańskiej.
„Nikt nie wykazał jednak, że wahadło jest dobrym modelem dla zilustrowania debaty politycznej. Tymczasem jeśli zaobserwujemy to co się dzieje w Europie Zachodniej, to zauważymy, że następuje konsekwentne przesuwanie opinii publicznej w lewo. Bardziej właściwe byłoby porównanie do przesuwania pakunku. Trzeba przyłożyć siłę i ona przesunie go w którąś stronę, a ponieważ lewica przesuwa pakunek konsekwentnie w lewo, a prawica nie robi nic, to on się przesuwa w lewą stronę” - podkreślał.
Następnie Mariusz Dzierżawski przeszedł do kwestii znalezienia odpowiedzi na pytanie: Co można zrobić, żeby powstrzymać to, co się dzieje jeśli chodzi o sprawy publiczne w Europie i co można zrobić, żeby ten proces odwrócić?
„Należy przywrócić sytuację, w której instytucje państwa nie służą do niszczenia ładu publicznego, ale do jego umocnienia” - zaakcentował i opowiedział, jak zaczęła się jego działalność w ruchu pro-life.
„Kiedy moje starsze córki skończyły 10 lat, w ręce którejś z nich, a następnie moje trafiło pisemko „Bravo Girl”. Ja zdałem sobie wówczas sprawę z tego, że toczy się wojna cywilizacyjna i komuś zależy na demoralizacji moich dzieci. Postanowiłem się w tę wojnę cywilizacyjną zaangażować” - wspominał.
Jak mówił prelegent, zarówno on, jak i inne osoby, które wraz z nim podjęły działalność w Fundacji PRO-Prawo Do Życia, zdawały sobie sprawę z tego, że wróg jest potężny, ma pieniądze, media i polityków. Działacze pro-life mimo to zdecydowali jednak, że trzeba się mu przeciwstawić. Od ok. 2005 roku działalność obrońców życia zaczęła przybierać wyraziste formy.
Jednym z głównych działań były pokazywane w centrach miast wystawy wielkoformatowe zawierające drastyczne zdjęcia ofiar aborcji. Początkowo zaciekawiły one media, ale szybko pojawiły się głosy krytyki wobec ich autorów, co jednak pomogło w nagłośnieniu problematyki ochrony życia.
„Gazeta Wyborcza opublikowała artykuł w stylu „jak można pokazywać takie bestialstwo”. Nawet czytelnik tej gazety mógł się więc dowiedzieć, czym naprawdę jest aborcja czyli, że jest to bestialstwo. Od czasu, gdy robi się w Polsce takie wystawy, coraz więcej ludzi jest przeciw aborcji. W Polsce jest wielu ludzi, których głowy nie są zdemolowane doszczętnie. I do tych ludzi trzeba dotrzeć” - podkreślał Dzierżawski.
Innym elementem walki o obronę życia jest, zdaniem gościa Fundacji Republikańskiej, napiętnowanie polityków popierających aborcję. Działacze pro-life zrobili to np. podczas prezydenckiego „Marszu Niepodległości”, na którym pojawili się z plakatami przedstawiającymi zdjęcie ofiary aborcji z podpisem „Dobry kompromis, Panie Prezydencie?”. Dzierżawski zauważył, że poparcie dla aborcji wśród klasy politycznej z pewnością by się zmniejszyło, gdyby głosujący przeciw życiu parlamentarzyści nie otrzymywali w Kościele Komunii Świętej. Podobne rozwiązania przyjęto przy udziale obecnego Papieża Franciszka w Ameryce Łacińskiej.
Kolejną kwestią, o której mówił przedstawiciel Fundacji PRO, jest potrzeba wyrazistego przekazu ideowego prawicy.
„My nie możemy mówić, że być może trzeba rozważyć zwiększenie zakresu prawa do życia, tylko, że ludzi się nie zabija nigdy” - zaakcentował i przywołał przykład premiera Węgier Viktora Orbana.
„To było dla niego charakterystyczne już od czasu, gdy w 1989 roku powiedział na wiecu, że wojska sowieckie mają się z Węgier wynieść i już. Trzeba mówić językiem jasnym, zrozumiałym i konkretnym” - mówił Dzierżawski.
Opowiadając o działaniach, które środowiska pro-life planują w najbliższej przyszłości, prelegent powiedział o złożonym w Sejmie w Światowym Dniu Zespołu Downa projekcie ustawy usuwającej przesłankę eugeniczną z wyjątków umożliwiających aborcję. Chodzi o usuniecie punktu, który zakłada, że przerwanie ciąży można przeprowadzić, jeśli jest prawdopodobieństwo, że dziecko urodzi się ciężko chore. Pod projektem trzeba zebrać teraz, zgodnie z wymogami prawa 100 tys. podpisów poparcia, ale jak mówił Dzierżawski dobrze byłoby, gdyby ich liczba przekroczyła milion. Prelegent zachęcił wszystkich do włączenia się w akcję zbierania podpisów, dodając, że kolejne szczegóły w tej sprawie będą zamieszczane na stronie stopaborcji.pl.
– Bycie razem i bycie podzielonym jest naturalną cechą narodów, które mają własne demokratyczne państwo.
– Amerykanie byli w stanie wojny domowej z powodów politycznych i różnego widzenia wspólnoty, którą zaczynali tworzyć. W dużej mierze chodziło o czarnych niewolników pracujących w rolnictwie – czy czarni pracownicy wielkich, farmerskich gospodarstw rolnych będą ludźmi wolnymi, czy będą nadal niewolnikami. Myśmy w tym czasie mieli Powstanie Styczniowe i spór dotyczył też tego czy chłopi pańszczyźniani staną się obywatelami z równymi prawami czy też nadal będą musieli odrabiać za darmo sporo dniówek w majątkach ziemiańskich. Elity Powstania Styczniowego a później car rozstrzygnął ten spór tak, że chłopi zostali uwłaszczeni. Konflikt przebiegał u nas o tyle inaczej, że my jako wspólnota musieliśmy zajmować się rzeczą inną, poważniejszą czyli odzyskaniem niepodległości. Amerykanie mieli to już za sobą.
– Ten podział, który zaczął się podczas wojny secesyjnej ufundował Amerykanom dwie formacje polityczne, które dają im dzisiaj stabilną demokrację. Podział polityczny Hiszpanii to jest wojna domowa lat trzydziestych XX wieku. Źródłem podziałów politycznych we Francji jest Wielka Rewolucja Francuska. Czym to się różni od polskich doświadczeń? Tym, że nie byliśmy suwerenni. Podziały polityczny nie mogły u nas tak jak w Europie uformować demokratycznej sceny politycznej, ponieważ my musieliśmy odzyskać suwerenne państwo dla wspólnoty narodowej.
– Na wojnę domową mogą sobie pozwolić Hiszpanie, Amerykanie, Francuzi, a Polacy jak próbują to kończą tracąc suwerenność– przestrzegała socjolog.
– Tylko silna wspólnota narodowa może się podzielić wedle poglądów i nie utracić suwerenności, nie utracić własnego państwa, bo to, co łączy jest silniejsze. Po masakrze wojny secesyjnej Amerykanie zbudowali polityczny naród wokół wartości, konstytucji, Deklaracji Niepodległości, Piątej Poprawki. Ten naród ma niebywale silne poczucie własnej wartości i przynależności mimo, że jest cały czas otwarty na migrację. I ma znakomicie sprawnie funkcjonującą demokrację w sytuacji, kiedy przeszedł taką traumę.
– Nasz problem polega na tym, że niestety podziały polityczne dotykają w Polsce tego problemu, który zaczął się w sporze pomiędzy Targowicą z jednej a Konfederacją Barską i zwolennikami Konstytucji 3 maja z drugiej strony. Skończyło się utratą niepodległości. Mieliśmy potem 123 lata zaborów plus doświadczenie po II wojnie światowej, bo system, który nam wtedy zainstalowano demokracji nie uczył, nie pozwalał uformować podziałów politycznych. Całą demokratyczną procedurę racjonalnego podzielenia się wedle poglądów mieliśmy do 1989 roku zablokowaną.
– My mamy problem ze zbudowaniem wspólnoty narodowej, która okaże się na tyle sprawna i silna, ale nie w sensie dominacji nad innymi, lecz w takim, że jest w stanie być podmiotem z prawem do własnego państwa, własnych interesów, polityki bezpieczeństwa, czyli normalnym europejskim państwem i narodem. I na tyle czuje się wspólnotą, że podział polityczny na ludzi o różnych poglądach, czyli podstawa demokratycznego systemu politycznego, nie rujnuje tej wspólnoty narodowej, nie niszczy dyskursu, przyjaźni, szacunku, etosu egalitarnego.
– Nie może się wspólnota narodowa różnić w takiej kwestii, kto zamordował polskich oficerów, policjantów i inteligencję mocą decyzji Stalina z 5 marca 1940 roku. Bo to już wiadomo. Możemy się sprzeczać czy to jest ludobójstwo czy zbrodnia wojenna, ale kto ma pamiętać jak nie my. Nie możemy się wyręczać Niemcami, którzy mają interes żeby pamiętać, że to nie oni dokonali tej zbrodni– apelowała Fedyszak-Radziejowska.
– Tożsamość narodowa, tak jak każda tożsamość, żebyśmy ją umiejętnie wpisali w naszą biografię, musi budzić w nas poczucie własnej wartości. Poczucie wartości jest bardzo ważne. Z wielu eksperymentów psychologii społecznej jasno wynika, że im niższe poczucie własnej wartości, tym łatwiej człowiekiem rządzić, manipulować nim, zmieniać jego poglądy, tym więcej podatności na konformizm i uległość. To czy uważamy w poczuciu własnej wartości, że polskość jest podstawą dobrego samopoczucia, jest kluczem do tego, czy się będziemy czuć obywatelami, czy będziemy uważać, że należą nam się podobne prawa i swobody obywatelskie jak innym obywatelom Europy a także czy będziemy się domagać żeby nie było korupcji i władza dobrze funkcjonowała.
– Jeśli nie lubimy Polaków i nie cenimy siebie jako Polaków, to więzi między Polakami są słabsze. Tożsamość narodowa to nie jest ciepła woda w kranie. To jest podstawa funkcjonowania narodu, państwa, suwerenności i szansy na to abyśmy używali własnego państwa do rozwiązywania problemów, obrony własnych interesów, żebyśmy z własnym krajem mogli wiązać przyszłość, karierę, żebyśmy byli zamożni, kreatywni i mogli zakładać rodziny.
– W pierwszej turze wyborów 4 czerwca do sejmu i senatu wybrani zostali wyłącznie kandydaci komitetów obywatelskich, czyli wyłącznie kandydaci solidarnościowi (przy frekwencji 62%). Tzw. krajowa lista partyjno-rządowa przepadła. W drugiej turze, kiedy trzeba było dokooptować 65% kandydatów partyjno-rządowych frekwencja wynosiła już tylko 26%. Zdecydowana większość Polaków pokazała, że interesuje ich tylko demokracja i wybrała kandydatów solidarnościowych. Gdyby lista krajowa w pierwszej turze przeszła, to pierwszym premierem byłby Czesław Kiszczak i rządziłby cztery lata. Czy my opowiadamy sobie 4 czerwca jako niebywały sukces Polaków?
– Niebywała decyzja obywateli w pierwszej turze wyborów wywróciła tak naprawdę Okrągły Stół. Zrozumieli to bracia Kaczyńscy, ponieważ to oni doprowadzili do premierostwa Tadeusza Mazowieckiego i odwrócili koalicje. Z dawnego ZSL było wystarczająco dużo posłów żeby była możliwa kombinacja, którą wbrew Bronisławowi Geremkowi, Adamowi Michnikowi i paru innym ważnym politykom okrągłostołowym przeprowadzili bracia Kaczyńscy, doprowadzając do koalicji z ZSL i SD. Dzięki temu mógł być inny premier. Czy my to sobie tak opowiadamy? Nie. My sobie opowiadamy historię o strasznym Okrągłym Stole i tępym polactwie.
– Polacy nie byli w stanie wprowadzić symbolu transformacji, do czego mieli prawo. Po obaleniu muru berlińskiego i aksamitnej rewolucji możemy wnioskować, że niemieckie i czeskie elity miały świadomość, że wspólnocie narodowej potrzebne jest jako symbol takie wydarzenie, w którym Czesi i Niemcy poczują się autorami transformacji i będą mieli poczucie własnej wartości. Nasze elity wymyśliły Okrągły Stół – 40 facetów, którzy byli autorami transformacji. Co to znaczy? Że my jesteśmy beznadziejni, ale tych 40 ludzi ma prawo do władzy. Bo przecież gdyby nie oni, nie ich światłe umysły i piękna opozycyjna przeszłość, to tkwilibyśmy w komunizmie. W obronie prestiżu, pozycji i legitymacji do władzy zawężono krąg tych, którzy mają zasługi. Ta batalia o pamięć jest batalią o władzę. O szarych działaczach Solidarności dowiadujemy się dopiero od czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego.
– To nie jest przypadek, że przed każdymi ważnymi wyborami w Polsce pojawia się albo jakaś książka, albo film, z których wynika straszliwy polski antysemityzm. Bo to jest znakomity sposób obniżenia nam poczucia własnej wartości. Wtedy łatwiej jest zaproponować pewną uległość wobec tych, którzy obiecują Polakom, że ich przeniosą na wyższy światowy poziom.
– Bo to były jedyne dwie instytucje, które kontrolowały elity. Instytut Pamięci Narodowej został powołany do tego, żeby skontrolować ludzi czy mają opozycyjne, bohaterskie uprawnienia do tego, żeby być elitą czy też byli tajnymi współpracownikami komunistycznego reżimu. A Centralne Biuro Antykorupcyjne z definicji miało sprawdzać elity wtedy, kiedy rządzą – czy nie są skorumpowane.
– Jest rozłam, w którym elita ma niebywałą przewagę nad Polakami i tę przewagę utrzymuje. Kontynuuje taką narrację, w której Polskość jest niepełnowartościowa a przeszłość nie jest ważna. W narracji tej bagatelizowane są podstawowe wartości dla tożsamości narodowej Polaków, budujące poczucie naszej własnej wartości i prawdę o naszej przeszłości, do których należą ważne etapy oporu przeciwko niedemokratycznemu, totalitarnemu systemowi i przeciwko uzależnieniu polskiego państwa od obcych. Kontynuacja monopolu władzy nad Polakami jest tą narracją wzmacniana i przedłużana. Elity, które wydają się tylko toksyczne, są częścią systemu politycznego, w którym demokracja jest tylko fasadą. W praktyce okazuje się, że odbierane nam jest nie tylko poczucie własnej wartości ale obywatelska podmiotowość i demokracja.
– Siłą demokracji nie jest to, że można być wybranym, ale to że się straci władzę. Tylko wtedy, kiedy ma się pewność, że przyjdzie prawdziwa partia opozycyjna i sprawdzi decyzje, papiery, nadużycia a nie koledzy, którzy krzywdy poprzednikom nie zrobią, to tylko wtedy rządzi się dobrze. Do tego potrzebne są mechanizmy równowagi, opinia publiczna i pewność, że władzę można stracić. Jeżeli natomiast okazuje się, że władzę i przewagę buduje się na dyskredytowaniu, upokarzaniu, wykluczaniu, marginalizowaniu opozycji (nie tylko jej liderów, ale także wyborców), to znaczy, że coś w mechanizmie demokracji jest delikatnie mówiąc dysfunkcjonalne. To nie jest tylko toksyczność elit, ale sprawnie realizowany cel utrzymania przewagi w systemie politycznym, tak żeby nie być kontrolowanym, nie stracić władzy a jeśli się straci to tylko na rzecz partii, którą powoła się samemu żeby czuć się bezpiecznym.
– Postpeerelowskie elity władzy w czasach III Rzeczpospolitej czuły się bardziej kontrolowane przez elity i wyborców z Solidarności niż dzisiaj Platforma przez opozycję. Tamci wiedzieli bowiem, że prędzej czy później stracą władzę na rzecz elity solidarnościowej. W 2005 roku nieoczekiwanie zmienia się scena polityczna – najważniejsze dwie siły, które wygrywają wybory są postsolidarnościowe. Jedna partia bardziej liberalna, wolnorynkowa, druga bardziej konserwatywna, z większą obecnością państwa – zupełnie cywilizowany układ. I nagle się okazuje, że wyborcy jednej z tych partii to mohery, antysystemowcy, bydło. To było dobrze pomyślane. Bo jak elektoratowi PiS-u odbierze się poczucie własnej wartości, obrazi, wykluczy i zmarginalizuje, to nie pojawią nowi wyborcy a nawet dotychczasowi przejdą na drugą stronę.
– Gdy Platforma przegrała w 2005 roku, jej elity opiniotwórcze, które ja bym wtedy nazwała toksycznymi, miały niesłychanie duże możliwości działania wedle reguł demokratycznych na marszach, w mediach, tworząc raporty, że „PiS łamie wszelkie reguły” itd. Po wyborach w 2007 roku rządzący już jako opozycja traktowani są nadal jako największe zagrożenie dla III RP. Mamy tu do czynienia z sytuacją, a której już nie zewnętrzna ingerencja, tylko mechanizm antydemokratyczny zaczyna stabilizować polską scenę polityczną na wzór rosyjski. Bo tam też jest opozycja, są wybory demokratyczne, ale jest partia, która wie, że będzie rządziła do końca świata i jeden dzień dłużej. Jedna Rosja ma taki uniwersalny charakter i można się zastanawiać, czy w Polsce ktoś nie wpadł na pomysł żeby odtworzyć taką sytuację.