NA ŻYWO: Przegląd Tygodnia Józefa Orła; Wieczór Marcina Wolskiego (Klub Ronina)
Ostatnie spotkanie w klubie Ronina w 2025 roku składało się z dwóch części. W pierwszej polityczny przegląd tygodnia przeprowadził Józef Orzeł - szef klubu. W drugiej części był wieczór autorski Marcina Wolskiego.
cz. 2- Wieczór autorski Marcina Wolskiego "Historia jednego rewolweru" Spotkanie miało charakter znacznie szerszy niż zwykła promocja literacka – stało się opowieścią o Polsce, pamięci historycznej i sporze o sens II Rzeczypospolitej oraz wojennego doświadczenia Polaków. Marcin Wolski od początku ustawił swoją książkę nie jako czystą fikcję, lecz jako literacką próbę „złapania losu”, w której jeden przedmiot – tytułowy rewolwer – przechodzi z rąk do rąk i prowadzi czytelnika przez burzliwe dekady XX wieku. W jego przekonaniu, historia Polski nie daje się opowiedzieć w kategoriach prostych bohaterów i złoczyńców. Broń w jego powieści nie jest ani świętą relikwią walki o niepodległość, ani tylko narzędziem przemocy, lecz świadkiem ludzkich wyborów – zarówno szlachetnych, jak i podłych. Wolski mówił z ironią, ale też z widoczną emocją, że chciał napisać książkę, która nie będzie ani szkolną laurką, ani oskarżycielskim aktem, tylko próbą zrozumienia, jak Polacy wpadali w kolejne tryby historii. Pojawiały się głosy z sali, że powieść Wolskiego jest w gruncie rzeczy polemiką z dominującą dziś narracją o II wojnie światowej i podziemiu, w której wszystko bywa czarno-białe. Jeden z dyskutantów zwracał uwagę, że „rewolwer” w książce działa jak lustro: nie mówi, kto jest bohaterem, ale zmusza czytelnika do patrzenia na to, co ludzie robią, gdy dostają w ręce władzę nad życiem innych. Inni rozmówcy widzieli w tej konstrukcji sprzeciw wobec łatwego moralizowania i współczesnej potrzeby ferowania wyroków nad przeszłością bez zrozumienia jej realiów. Sam Wolski wyraźnie dystansował się od prób wciągania jego książki w bieżące spory ideologiczne. Podkreślał, że nie chciał pisać ani „powieści rozliczeniowej”, ani antykomunistycznego czy patriotycznego manifestu, tylko historię, w której czytelnik sam musi się zmierzyć z niejednoznacznością. W tym sensie jego „rewolwer” miał być bardziej narzędziem opowieści o ludzkiej naturze niż symbolem politycznym. W trakcie spotkania wyraźnie wybrzmiała też nostalgia za dawną literaturą przygodowo-historyczną, która potrafiła mówić o sprawach poważnych bez patosu i ideologii. Wolski – znany szerzej z satyry i publicystyki – był przez uczestników wieczoru chwalony za to, że w tej książce pokazał się jako pisarz, który potrafi budować napięcie i losy bohaterów bez publicystycznego młotka. Padały opinie, że „Historia jednego rewolweru” to w gruncie rzeczy opowieść o Polsce bardziej uczciwa niż wiele współczesnych debat historycznych, bo nie udaje, że istnieją proste odpowiedzi. Atmosfera spotkania była więc jednocześnie literacka i głęboko refleksyjna. Wolski nie występował w roli mentora czy arbitra historii, lecz raczej jako ktoś, kto zaprasza do rozmowy o przeszłości przez pryzmat losów zwykłych ludzi uwikłanych w wielką politykę. Klub Ronina – jak często – stał się przestrzenią, w której książka była tylko pretekstem do szerszej rozmowy o tym, kim jesteśmy jako wspólnota pamięci i jak chcemy opowiadać własną historię.
Cz. 1 - Przegląd Tygodnia Józefa Orła:
Orzeł wystąpił w swoim charakterystycznym stylu – jako ktoś, kto łączy osobiste doświadczenia III RP z szeroką geopolityczną narracją. Jego ton był gorzki, ale zarazem mobilizujący. Punktem wyjścia była rozmowa Romana Kluski na kanale „Nam Zależy” i jego książka. Orzeł w pełni się z nim utożsamił: widzi w polityce unijnej i krajowej świadome dążenie do zniszczenia klasy średniej, szczególnie małych i średnich firm oraz rolników, i zastąpienia jej cyfrowo kontrolowaną masą. Przypominając historię Optimusa, mówił wprost, że polska elita państwowa i służby zniszczyły Kluskę nie dlatego, że popełnił błąd, lecz dlatego, że stworzył realną, narodową firmę w strategicznym sektorze IT. W jego narracji to był symboliczny moment: Polska nie mogła mieć własnego technologicznego giganta, bo system był tak skonstruowany, by premiować import i kapitał zewnętrzny.
Na tym tle Orzeł przeszedł do polityki międzynarodowej.
Z wyraźną ironią odniósł się do pomysłu Mateusza Morawieckiego, by stworzyć „ekonomiczne NATO” jako przeciwwagę dla Unii Europejskiej. Uważa, że to polityczna fikcja: Unia nigdy nie odda kompetencji gospodarczych, bo to oznaczałoby jej faktyczny koniec. Co więcej – jak podkreślał – Zachodnia Europa wcale nie chce realnej obrony wschodniej flanki, bo kraje takie jak Niemcy i Francja mentalnie nie traktują Europy Środkowo-Wschodniej jak równorzędnych partnerów. Tutaj kluczowa była jego lektura książki Zbigniewa Parafianowicza, z której – według Orła – bije wręcz pogarda Zachodu wobec Polski i regionu w czasie pierwszych dni wojny na Ukrainie.
W tym miejscu szef klubu Ronina przedstawił swój własny projekt: Międzymorze jako realny blok polityczno-wojskowo-gospodarczy od Skandynawii po Turcję. Przyznawał uczciwie, że dziś nie ma woli politycznej, by coś takiego powstało, ale uważał, że Polska powinna już teraz budować instytucjonalne centrum takiej współpracy – miejsce spotkań dyplomatów, wojskowych, biznesu i mediów regionu. W jego wizji to jedyna droga do realnej podmiotowości wobec zarówno Berlina, jak i Waszyngtonu.
Sporo miejsca poświęcił też globalnej grze USA–Chiny–Rosja. Odnosząc się do dyskusji Bartosiaka, Budzisza, Grossego i Pyfla, Orzeł postawił tezę, że Zachód przegrał, bo się podzielił. Europa i Ameryka grają osobno z Chinami, a w efekcie wzmacniają wspólnego rywala. Szczególnie ironicznie odniósł się do pomysłu amerykańskiego „stolika wielkich mocarstw” (USA–Europa–Chiny–Rosja–Indie), który jego zdaniem jest już nie oznaką siły, lecz przyznaniem się do słabości hegemona. Jeśli USA chcą dzielić świat z innymi, to znaczy, że nie potrafią go już kontrolować. Jeszcze ostrzej oceniał amerykańską politykę w Ameryce Łacińskiej i Afryce – jego zdaniem to próba połączenia geopolityki z biznesem surowcowym, zwłaszcza ropą, co widać choćby w Wenezueli.
Na poziomie krajowym Orzeł był równie krytyczny. Z dużą pasją mówił o systemie KSeF – Krajowym Systemie e-Faktur – przywołując analizy prof. Witolda Modzelewskiego. W jego ocenie to narzędzie masowej inwigilacji biznesu, które państwu da niewiele, ale firmom narzuci gigantyczne koszty i odda ich tajemnice handlowe w ręce skarbówki. Co istotne, Orzeł nie zrzucał winy tylko na rząd Tuska – podkreślał, że ten system wymyślił PiS, a obecna władza go po prostu przejęła, bo każda władza marzy o „wiedzy absolutnej” o gospodarce.
Podobnie ironicznie odniósł się do nowelizacji kodeksu pracy wprowadzającej neutralne płciowo nazewnictwo zawodów. Dla niego to symbol ideologicznej ingerencji w język i zdrowy rozsądek – a zarazem powód do pytania, dlaczego prezydent to podpisał.
W sprawach wojny Orzeł był bardziej ostrożny, ale też wyraźnie sceptyczny wobec narracji Trumpa, że Ukraina i tak szybko straci Donbas. Jego zdaniem Ukraińcy grają na czas, licząc na załamanie gospodarcze Rosji, której wzrost już się zatrzymał. Dodał do tego wątek kosztów polityki klimatycznej – wskazując, że same polskie spółki energetyczne dopłaciły w 2024 roku około 27 miliardów złotych do systemu ETS.
Kulminacją części „cywilizacyjnej” była dla niego historia z katolickiej uczelni w Monachium, gdzie studenci zablokowali wykład o dowodach na istnienie Boga. Dla Orła to był znak, że Zachód dochodzi do absurdu: katolicki uniwersytet boi się Boga.
Na tym tle bardzo pozytywnie wyróżnił tekst wiceprezydenta USA J.D. Vance’a o byciu chrześcijaninem w przestrzeni publicznej – zachwyciła go jego pokora i świadomość własnej niedoskonałości w wierze.
Po tym intelektualnym maratonie nastąpiło wyraźne przejście w drugi ton spotkania. Głos zabrał zaproszony ksiądz Andrzej, historyk Kościoła, który świadomie postawił kontrapunkt wobec wcześniejszego napięcia. Nie polemizował z Orłem wprost, ale przesunął rozmowę z geopolityki na sens Wcielenia. Jego główna myśl była klarowna: chrześcijaństwo nie jest irracjonalnym uczuciem, lecz religią, która domaga się użycia rozumu – i właśnie dlatego w Europie w ogóle mógł powstać ateizm, uniwersytety i filozofia.
W swojej refleksji o Bożym Narodzeniu mówił, że Bóg, stając się człowiekiem, nie wybrał żadnej innej natury niż ludzką, co nadaje człowieczeństwu niezwykłą godność. Podkreślał rolę Maryi i „logiki maryjnej” jako miejsca, w którym kobiecość i wcielenie spotykają się w Bożej ekonomii zbawienia. Jego ton był spokojny, teologiczny i głęboko duszpasterski – miał wyraźnie zrównoważyć polityczny gniew pierwszej części spotkania.
Całość zakończyła się w sposób bardzo „roninowski”: modlitwą za zmarłych członków Klubu, śpiewem kolęd i dzieleniem się opłatkiem. Orzeł, który przez większość wieczoru mówił jak twardy geopolityczny realista, w tej chwili przeszedł w ton wspólnotowej pamięci i wdzięczności za tych, którzy już odeszli.
Cz. 2- Wieczór autorski Marcina Wolskiego :Historia jednego rewolweru"
Spotkanie miało charakter znacznie szerszy niż zwykła promocja literacka – stało się opowieścią o Polsce, pamięci historycznej i sporze o sens II Rzeczypospolitej oraz wojennego doświadczenia Polaków.
Marcin Wolski od początku ustawił swoją książkę nie jako czystą fikcję, lecz jako literacką próbę „złapania losu”, w której jeden przedmiot – tytułowy rewolwer – przechodzi z rąk do rąk i prowadzi czytelnika przez burzliwe dekady XX wieku.
W jego przekonaniu, historia Polski nie daje się opowiedzieć w kategoriach prostych bohaterów i złoczyńców. Broń w jego powieści nie jest ani świętą relikwią walki o niepodległość, ani tylko narzędziem przemocy, lecz świadkiem ludzkich wyborów – zarówno szlachetnych, jak i podłych. Wolski mówił z ironią, ale też z widoczną emocją, że chciał napisać książkę, która nie będzie ani szkolną laurką, ani oskarżycielskim aktem, tylko próbą zrozumienia, jak Polacy wpadali w kolejne tryby historii.
Pojawiały się głosy z sali, że powieść Wolskiego jest w gruncie rzeczy polemiką z dominującą dziś narracją o II wojnie światowej i podziemiu, w której wszystko bywa czarno-białe. Jeden z dyskutantów zwracał uwagę, że „rewolwer” w książce działa jak lustro: nie mówi, kto jest bohaterem, ale zmusza czytelnika do patrzenia na to, co ludzie robią, gdy dostają w ręce władzę nad życiem innych. Inni rozmówcy widzieli w tej konstrukcji sprzeciw wobec łatwego moralizowania i współczesnej potrzeby ferowania wyroków nad przeszłością bez zrozumienia jej realiów.
Sam Wolski wyraźnie dystansował się od prób wciągania jego książki w bieżące spory ideologiczne. Podkreślał, że nie chciał pisać ani „powieści rozliczeniowej”, ani antykomunistycznego czy patriotycznego manifestu, tylko historię, w której czytelnik sam musi się zmierzyć z niejednoznacznością. W tym sensie jego „rewolwer” miał być bardziej narzędziem opowieści o ludzkiej naturze niż symbolem politycznym.
W trakcie spotkania wyraźnie wybrzmiała też nostalgia za dawną literaturą przygodowo-historyczną, która potrafiła mówić o sprawach poważnych bez patosu i ideologii. Wolski – znany szerzej z satyry i publicystyki – był przez uczestników wieczoru chwalony za to, że w tej książce pokazał się jako pisarz, który potrafi budować napięcie i losy bohaterów bez publicystycznego młotka.
Padały opinie, że „Historia jednego rewolweru” to w gruncie rzeczy opowieść o Polsce bardziej uczciwa niż wiele współczesnych debat historycznych, bo nie udaje, że istnieją proste odpowiedzi.
Atmosfera spotkania była więc jednocześnie literacka i głęboko refleksyjna.
Wolski nie występował w roli mentora czy arbitra historii, lecz raczej jako ktoś, kto zaprasza do rozmowy o przeszłości przez pryzmat losów zwykłych ludzi uwikłanych w wielką politykę.
Klub Ronina – jak często – stał się przestrzenią, w której książka była tylko pretekstem do szerszej rozmowy o tym, kim jesteśmy jako wspólnota pamięci i jak chcemy opowiadać własną historię.
cz. 2- Wieczór autorski Marcina Wolskiego "Historia jednego rewolweru" Spotkanie miało charakter znacznie szerszy niż zwykła promocja literacka – stało się opowieścią o Polsce, pamięci historycznej i sporze o sens II Rzeczypospolitej oraz wojennego doświadczenia Polaków. Marcin Wolski od początku ustawił swoją książkę nie jako czystą fikcję, lecz jako literacką próbę „złapania losu”, w której jeden przedmiot – tytułowy rewolwer – przechodzi z rąk do rąk i prowadzi czytelnika przez burzliwe dekady XX wieku. W jego przekonaniu, historia Polski nie daje się opowiedzieć w kategoriach prostych bohaterów i złoczyńców. Broń w jego powieści nie jest ani świętą relikwią walki o niepodległość, ani tylko narzędziem przemocy, lecz świadkiem ludzkich wyborów – zarówno szlachetnych, jak i podłych. Wolski mówił z ironią, ale też z widoczną emocją, że chciał napisać książkę, która nie będzie ani szkolną laurką, ani oskarżycielskim aktem, tylko próbą zrozumienia, jak Polacy wpadali w kolejne tryby historii. Pojawiały się głosy z sali, że powieść Wolskiego jest w gruncie rzeczy polemiką z dominującą dziś narracją o II wojnie światowej i podziemiu, w której wszystko bywa czarno-białe. Jeden z dyskutantów zwracał uwagę, że „rewolwer” w książce działa jak lustro: nie mówi, kto jest bohaterem, ale zmusza czytelnika do patrzenia na to, co ludzie robią, gdy dostają w ręce władzę nad życiem innych. Inni rozmówcy widzieli w tej konstrukcji sprzeciw wobec łatwego moralizowania i współczesnej potrzeby ferowania wyroków nad przeszłością bez zrozumienia jej realiów. Sam Wolski wyraźnie dystansował się od prób wciągania jego książki w bieżące spory ideologiczne. Podkreślał, że nie chciał pisać ani „powieści rozliczeniowej”, ani antykomunistycznego czy patriotycznego manifestu, tylko historię, w której czytelnik sam musi się zmierzyć z niejednoznacznością. W tym sensie jego „rewolwer” miał być bardziej narzędziem opowieści o ludzkiej naturze niż symbolem politycznym. W trakcie spotkania wyraźnie wybrzmiała też nostalgia za dawną literaturą przygodowo-historyczną, która potrafiła mówić o sprawach poważnych bez patosu i ideologii. Wolski – znany szerzej z satyry i publicystyki – był przez uczestników wieczoru chwalony za to, że w tej książce pokazał się jako pisarz, który potrafi budować napięcie i losy bohaterów bez publicystycznego młotka. Padały opinie, że „Historia jednego rewolweru” to w gruncie rzeczy opowieść o Polsce bardziej uczciwa niż wiele współczesnych debat historycznych, bo nie udaje, że istnieją proste odpowiedzi. Atmosfera spotkania była więc jednocześnie literacka i głęboko refleksyjna. Wolski nie występował w roli mentora czy arbitra historii, lecz raczej jako ktoś, kto zaprasza do rozmowy o przeszłości przez pryzmat losów zwykłych ludzi uwikłanych w wielką politykę. Klub Ronina – jak często – stał się przestrzenią, w której książka była tylko pretekstem do szerszej rozmowy o tym, kim jesteśmy jako wspólnota pamięci i jak chcemy opowiadać własną historię.